Tygodnik Ciechanowski

Wtorek, 15 października 2019

Elegia żydowskiego Strzegowa

28.04.2004 09:00:00

„Pisałam w dzień tragicznego odjazdu z Rodzinnego miasteczka Strzegowa. Proszę wspomnieć przyszłym pokoleniom, że kiedyś byli tacy ludzie, którzy ze świadomością pełną szli na śmierć”.
Nieznana dziewczyna (lat 19) z getta w Strzegowie.
Spełnić tę prośbę po sześćdziesięciu latach od zakończenia wojny?! Czas zatarł ślady. Pamięć skruszała. Bezpośredni świadkowie, jeśli ocaleli, rozproszyli się po świecie. Archiwa spłonęły...

Byś znakowany numerem na plecach,
W 1939 r. w Strzegowie żyło 600 Żydów. Mieli dom modlitwy, łaźnie, noclegownie, szkołę i dwie świetlice.

Niemcy zajęli Strzegowo na początku września. Nie planowali utworzenie tu getta; zamierzali umieścić miejscowych Żydów do dzielnicy zamkniętej w Mławie.

Strzegowski Judenrat postanowił temu zapobiec. Przekupił gestapo i szefa służby sanitarnej. Lekarz, otrzymawszy w prezencie auto, wystawił zaświadczenie, że wśród Żydów panuje epidemia tyfusu, że ich przesiedlenie doprowadziłoby do rozszerzenia się choroby.

Koniec końców władze rejencji ciechanowskiej zgodziły się na utworzenie getta w Strzegowie. Rozpoczęło życie 1 listopada 1941 r. – później niż w innych miastach. Obejmowało ulice: Leśną, Słowackiego, Targową, Cichą, Wyzwolenia. Było otoczone wysokim, drewnianym płotem.

Na niewielkiej powierzchni (45 domów) Niemcy zakwaterowali nie tylko tutejszych Żydów. Na początku czterdziestego drugiego dosiedli tysiąc osób z Bieżunia, Drobinina i Sieprca, a wkrótce potem jeszcze 200 uciekinierów z Pomorza.

Zanim powstało getto niektórzy strzegowscy Żydzi uciekli do Warszawy.

W oficynie, przy domu rzeźnika Leona Siennickiego (ul. Wyzwolenia), mieszkały rodziny Hagitlów i Ejnochów. Którejś nocy spakowały walizki i pożegnały się z gospodarzem. – Panie Siennicki kochany, cóż nami będzie? – zapamiętała Janina Kubińska, córka Leona. Ale jeszcze nie stracili nadziei: - Panie Siennicki kochany, my tu wrócimy.

Młodszych obowiązywał nakaz pracy. Budowali drogi, zamiatali ulice, meliorowali łąki, porządkowali cmentarz niemiecki w Kuskowie. Chętnie wychodzili do roboty. Wyrwawszy z się getta, mogli pohandlować, zdobyć jedzenie. Zwłaszcza że żandarmi byli skorumpowani, choć nie żałowali batów. Wywodzili się z volksdeutschów. Z jednym z nich – Fastakiem – Stanisław Jasiński uczył się w szkole powszechnej. - Widywałem go na ulicach, z biczem – wspomina. – „Jak możesz znęcać się nad ludźmi” - spytałem. Ale on nie podjął dyskusji: „Wiesz, mam władzę nad sobą”.

Odwszony z brudnych baraków i kojców,
Wacław Gralewicz, rocznik 1910. Jeszcze wyprostowana postawa, jeszcze mocna dłoń. Służył w Batalionach Chłopskich, dowodził placówką w Unierzyżu. W szafie – wyprasowany mundur żołnierski, dzwonią na nim medale.

Znał wszystkich ważniejszych strzegowskich Żydów, przed wojną dostarczał drewno do ich łaźni.

Po 1 listopada 1941 r. w Grudusku kupił półtorej tony pszenicy, zmełł ją w młynie w Hucie. Mąkę złożył w swoim spichrzu i systematycznie podawał ją do getta.
- Przez płot?
- Skądże! Przez bramę. Wyskakiwali chłopcy, braki po worku i chodu do getta.
- W nocy.
- Nie, zawsze pod wieczór. Byłem wtedy młody, brawura mnie się trzymała i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że za takie rzeczy grozi kula w łeb.

Wacław Gralewicz pędzi żywot emeryta u syna w Strzegowie. Podczas wojny gospodarzył na kolonii w Rydzynie. Hodował konie, krowy, świnie, drób. Żydzi byli jego stałymi klientami.
- Przychodzili przeważnie po gęsi i kury - opowiada ze szczegółami, jakby to się działo wczoraj. – Pewnego razu na moim podwórku ubili wieprzka. Mięso na plecy i... w drogę. Pytam: „Nie boicie się?”. Uspokajają: „W lesie zrobimy wiązki z chrustu, schowamy w nich towar”. Nazajutrz przychodzą do mnie wystraszeni: „Panie Gralewicz, szczęście w nieszczęściu. Kiedyśmy wczoraj wracali, zauważył nas zarządca majątku w Prusocinie. Uwierzył, ze niesiemy drewno na opał...”. No, więc często handlowałem z Żydami, byli solidnymi kupcami, płacili co do grosza.

Stosami kości nawarstwiał się w piecach,
Na wiosnę czterdziestego drugiego w getcie wybuchła epidemia tyfusu, dziesiątkowała mieszkańców. Na domiar złego łapówki traciły swoją moc (Strzegowem bliżej zainteresowało się ciechanowskie gestapo), zresztą kończyły się zasoby zamożniejszych Żydów. Rozpoczęły się akcje specjalne. Nastał terror. Niemcy strzelali do Żydów na ulicach. Zabili między innymi 20-letnią dziewczynę o braci Galasów.

W maju aresztowali 20 mężczyzn pod zarzutem” szmuglu, opuszczania getta bez zezwolenia oraz wygrywania na skrzypcach polskiej melodii wzywającej do wolności”. Przez miesiąc trzymali ich w piwnicy na ulicy Słowackiego (wtedy Augustowskiej) 7. 4 czerwca na tej posesji stanęła szubienica.

Świadek tej egzekucji, Feliks Kisielewski (chyba był żydowskim policjantem), zanotował: „... cała ludność musiała się [temu] przyglądać. Jaki to był okropny widok, kobiety mdlały. Krzyczeć ani płakać nie było wolno. Żydzi musieli ich sami wieszać i pochować”. Henryk Kalisz (rocznik 1912) był wtedy elektrykiem. Tamtego dnia poszedł do getta (jego bramę mógł przekraczać o każdej porze). - Ci Żydzi – przypomina sobie – wisieli przez kilka godzin. To była taka publiczna scena grozy.

Ludność getta, i tak już przygnębioną, dobiły wieści z obozu śmierci. Przywiózł je Neufinkels. Przez miesiąc pracował w Treblince - przy trupach. Uciekłszy stamtąd, przedostał się do Strzegowa, gdzie miał rodzinę. Gestapo szybko wpadło na jego trop. Męczony w piwnicy przez dziesięć dni, został uduszony paskiem.

Syn takich samych jak wszyscy my, ojców
Adam Kulas z ulicy Kościelnej zmarł 15 lat temu. Nie był człowiekiem skrytym, więc chętnie opowiadał dzieciom wojenne historie. Syn Tadeusz (rocznik 1941) żyje nimi do dzisiaj. Pokazałem mu relację Łucji Stuczyńskiej z Kutna, spisaną w 1945 r.
- Ach, teraz sprawa staje się jasna – wykrzyknął niemal.- Było tak. Na początku czterdziestego drugiego pod nasz dom podjechał samochód. Wychodzą Niemcy i mówią, że przywożą niemiecką rodzinę (kilkoro dzieci), którą musimy zakwaterować. Przerażeni rodzice dają przybyszom pokój, a sami lokują się w kuchni. Szybko okazuje się, że to nie Niemcy, tylko Żydzi, właśnie Stuczyńscy. Co się dzieje? Jakaś dwuznaczna, tajemnicza sytuacja! Nic, trzeba jakoś ułożyć życie. Oni, widać, są ludźmi niebiednymi, niczego im nie brakuje. Gotujemy wspólnie, zresztą w mieszkaniu jest tylko jedna płyta węglowa... Po jakimś czasie – kolejna niespodzianka. Do naszego domu przybywa jakiś dziadek. Dostaje miejsce na strychu, tam śpi i je, w ogóle stamtąd nie wychodzi.

P kilku miesiącach „Niemcy” zniknęli. Nagle.
- Rodzice wracają z pola – Tadeusz Kulas kontynuuje to, co usłyszał od ojca – a tu nie ma lokatorów. Nie ma także dowodów tożsamości rodziców i mojej ciotecznej siostry. Leżały w kredensie, ktoś jej zabrał. Konsternacja zupełna. Co robić? Ojciec idzie na posterunek melduje o zniknięciu dokumentów... Niebawem policjant je przywozi, oddaje, jak nic się nie stało.

Tadeusz Kulas nie ma wątpliwości, że był to fragment zorganizowanej operacji przerzucania i ukrywania Żydów – przy pomocy przekupionych Niemców. Akcją miała kierować kobieta z Kutna o nazwisku Rajczyk. Przyjeżdżała do Kulasów podczas okupacji. Po wojnie też do nich zajrzała, żeby pozdrowić: „Panie Adamie, jak pan żyje”.

Gdy Tadeusz Kulas ukończył Politechnikę Warszawską i rozpoczął prace w Płocku (w 1964 r.), wstąpił do biura tamtejszej gminy żydowskiej. Zapytał o panią Rajczyk. Ale urzędniczkę takie rzeczy nie interesowały.

Stuczyńscy mieli „dobre”, aryjskie papiery. Z wyjątkiem ojca, który wyglądał na Żyda, trafił więc do strzegowskiego getta.

Łucja, tłumaczka i stenotypistka, dostała nawet prace w niemieckim urzędzie gminy w Strzegowie. Z tego utrzymywała siebie, matkę i czworo rodzeństwa – aż do wkroczenia Armii Czerwonej.

Byś nie pojął nic z losu własnego,
W listopadzie 1942 r. Niemcy rozpoczęli likwidacje strzegowskiego getta. Wyznaczyli podwody, ustawili je w rzędzie pod bramą. Było zimno – mówi furman z tego transportu Wacław Gralewicz. – Miałem na sobie filce i grubą bonzę, a mimo to odczuwałem chłód. Na moim wozie siedziało 8-10 starych kobiet. Skulone i pomarszczone, trzęsły się z zimna.

Furmanki zatrzymały się na stacji kolejowej w Mławie. Podjechał pociąg. – Z wozów! -gestapowcy wydają komendy. Starzy, półżywi ludzie gramolą się do wagonów. Niejeden pada na ziemię.

Za chwilę pociąg ma ruszyć. Gralewicz ogląda swoją furmankę. Leży na niej paczuszka. Ta sama, którą jego pasażerka tuliła do siebie w drodze do Mławy. Gralewicz zastanawiał się wtedy, co w niej może być. Teraz się nie namyśla, zanosi pakunek do wagonu. Adam Kulas kilkakrotnie – polecenie Niemców – zawoził Żydów na stację w Mławie.

Oto wiezie rodzinę z małą, najwyżej trzyletnią dziewczynka. Kolumna przystaje – jak zawsze – przy parku w Mławie. Kulas już wcześniej wiedział, co teraz ma robić. Bierze dziecko na ręce i odnosi je do swoich znajomych, Leona i Jadwigi Paszkowskich (mieszkali nieopodal). Wraca i rusza na dworzec. Niemcy nie zauważają „ubytku”. Kolejny transport ze Strzegowa do Mławy. Obowiązkowy postój w Żurominku, trzeba podkarmić i napoić konie. Kulas ustawia furmankę na podwórku, miedzy zabudowaniami. Żeby odwróć uwagę Niemców i wykonać zadanie. Z jego wozu ucieka kilkunastoletni chłopiec. Tym razem żandarmi dokładnie liczą ludzi. Kulasa okładają po twarzy i każą jechać dalej.
- Ojciec był dziwnym człowiekiem – uważa syn Tadeusz. – Dziwnym w dzisiejszym rozumieniu. Ratował Żydów, po wojnie wyciągnął z Wkry troje tonących dzieci. I nie dopatrywał się w tym heroizmu. Interesowały go losy Żydów, którym pomógł. Czy przetrwali? Niestety, nie wiadomo.

Po czterdziestym piątym między Wacławem Gralewiczem a Adamem Kulasem, gdy wspominali wojenne czasy, niejeden raz toczył się następujący dialog:
- Na mojej furmance jakaś Żydówka pozostawiła paczuszkę – zaczynał Gralewicz.
- Co w niej było?
- Nie wiem.
- Co z nią zrobiłeś?
- Podszedłem do wagonu i oddałem pierwsze osobie z brzegu.
- Nie żałujesz?
- Mam czyste sumienie. Może ten pakunek komuś uratował życie.
- Czy wiesz, że i na mojej furmance pozostała „paczka”. Tyle że było w niej dziecko – zwierzał się Kulas.
- I co?
- Zaniosłem je do wagonu. Co innego mogłem zrobić?

Od pierwszej chłosty po życia ostatek
Rydzyn Szlachecki-Kolonia, parę kilometrów od Strzegowa. Dom Gawlińskich, wybudowany przed wojną, zupełnie się nie zmienił. Za Niemca żyła w nim, na czterdziestu-pięćdziesięciu metrach, liczna rodzina. Starczyło miejsca i dla Żydów.

Najpierw trafili tu matka z synem i córką ze strzegowskiego getta. Posiedzieli najwyżej tydzień – poszli w kierunku Warszawy. Dłużej – bo rok – zabawiło tu małżeństwo Gruszków. Spali w mieszkaniu, specjalnie się nie ukrywali. Gdy w okolicy pojawili się żandarmi – a zaglądali często, bo odludzie sprzyjało konspiracji – podnosili klapę w podłodze i wskakiwali do piwnicy. Udawało się niejeden raz. A może kontrolerzy nie byli zbyt dociekliwi?

W czterdziestym drugim Niemcy przestali żartować. Któregoś dnia wpadli do domu Gawlińskich, otworzyli klapę, wyciągnęli Żydów, zaprowadzili ich do Strzegowa.

Stanisław Jasiński widział, jak potem wieźli ich do Mławy: - Jechali na bryczce. Obok furmana siedział żandarm. Był grzeczny, bez buty, ot wykonywał zadanie.

Tamtego dnia, kiedy Niemcy zbliżali się do zagrody Józefa Gawlińskiego, jego synowie, Jan i Kazimierz, uciekli w pole. Nie zdążyli dobiec do lasu.
- Ja się schowałem w rowie, żandarmi mnie nie zauważyli – opowiada Jan Gawliński. - Pędzili za bratem, we czterech strzelali z karabinów, puścili psy. Leżąc myślałem, jak mu pomoc, miałem się czym bronić, ale nie ryzykowałem, żeby nie pogorszyć sytuacji. Kazika jednak nie wzięli.

Od tamtej pory do początku czterdziestego piątego tułali się po okolicznych lasach i wioskach: Jan, Kazimierz i trzeci brat – Tadeusz. Do domu wpadali nocami ( Niemcy aresztowali ojca, ale szybko go wypuścili, siostra Jadwiga do siedziała w więzieniu w Ciechanowie do końca wojny). W nocy też, przy świetle księżyca, kosili zboże na swoim polu.
- Nic z tego nie mam. I nie chcę mieć. Broniłem życia ludzkiego i tyle – zamyśla się Jan Gawliński (żołnierz Batalionów Chłopskich, podkomendny Wacława Gralewicza), stojąc przed chatą, w której ukrywali się Żydzi.

Z trzech braci żyje już tylko on. Tadeusza zabili Niemcy, 17 listopada 1944. Kazimierz zmarł śmiercią naturalną.

Pytał się nieba i ziemi: dlaczego?
Miała na imię Marysia, a w każdym razie tak się do niej zwracano. Edmund Rzemieniewski przywiózł ją z Warszawy w lipcu czterdziestego czwartego i umieścił w swoim domu w Augustowie. Zaczęła odgrywać role jego kuzynki, miała aryjskie papiery. Podobno była córką siostry bogatego strzegowskiego młynarza Petrykowskiego. W każdą niedziele zjawiała się w kościele w Strzegowie. Ludzie widzieli, że modliła się lepiej niż niejeden stary katolik. I wiedzieli, że była Żydówką.

Stanisław Jasiński do dzisiaj ma przed oczami jej twarz i figurę: - Była ładną dziewczyną, chłopcy się za nią oglądali. Chodził z nią jeden Polak, chciał się ożenić.

Ale ona opuściła Augustowo jeszcze przed końcem wojny i... wszelki ślad po niej zaginął. Edmund Rzemieniewski już nie żyje, jego córka mieszka za granicą. Może zapamiętała opowieści ojca? - Wie tyle, co ja – jej kuzynka, Barbara Gutowska, uprzedza moje pytanie. – Wujek Edmund niechętnie opowiadał o Marysi.

Syn takich samych, jak wszyscy my, matek
„Nie masz już, nie masz w Polsce żydowskich miasteczek /W Hubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy /Próżno byś szukał w oknach zapalonych świeczek, /I śpiewu nadsłuchiwał z drewnianej bóżnicy” (Antoni Słonimski, „Elegia miasteczek żydowskich”). Wśród najstarszych strzegowian przetrwała jednak pamięć, choć już zamglona, konturowa...
...o Lejbku, który piekł jagodzianki uwielbiane przez dzieci.
O Kwaśniewskim, który wyrabiał oranżadę.
O Eglicu, w którego sklepie można było kupić wszystko: naftę, śledzie, cukierki-rybki po groszu za sztukę.
O Tyku, który miał trzy urodziwe córki oraz gęsiarnię i jajczarnię; mięso i nabiał odwoził do Warszawy; zimą jajka posypywał wapnem.
O Gipsie (sklep bławatny), który wyjechał do Palestyny żegnany przez orkiestrę, i który po roku wrócił do Strzegowa, ale już bez rozgłosu, ukradkiem.
O lubianym przez wszystkim muzykancie Jakubie, który przygrywał na zabawach i weselach; to on był aresztowany za „wygrywanie na skrzypcach polskiej melodii wzywającej do wolności” i stracony na szubienicy.
O rabinie, który na stare lata zamieszkał w domu chrześcijan Siennickich, izolując się od świata do tego stopnia, że jedzenie podawano mu przez półotwarte drzwi; córka gospodarzy zanosiła mu bułki od Lejbka.
O Petrykowskim, posiadaczu wielkiego młyna nad Wkrą, społeczniku; na zdjęciu komitetu społecznego (według pani Kubińskiej – kościelnego) siedzi on obok księdza proboszcza Grochowskiego.
O domu modlitwy, który stał jeszcze w latach sześćdziesiątych – tam, gdzie teraz znajdują się domki nauczycielskie.
O łaźni i noclegowni na ulicy Szkolnej.
O drewnianym budynku z wieżyczką (siedzibie szkoły żydowskiej), który stoi do dzisiaj (róg Ciechanowskiej i Zjednoczenia).
O radosnym Święcie Sukkot czyli „Kuczek”, w czasie którego pobożni Żydzi modlili się pod symbolicznymi szałasami przykrytymi gałązkami drzew, trawą, tatarakiem.
O getcie, na terenie którego zachowała się połowa domów z tamtych czasów.
O szewcu Majrancu, którego syn w 1948 roku miał ekshumować 20 powieszonych w getcie.
...a gdy odejdą starsi strzegowianie, gdy w miejscu starych domów wyrosną nowe, mówić będą już tylko kamienie. „A Rachela umarła i została pochowana przy drodze do Efrata, czyli Betlejem. Jakub ustawił stelę na jej grobie. Pomnik ten stoi na grobie Racheli po dziś dzień” (Rdz 35:19-20).

Właśnie w Strzegowie odnowiono żydowski cmentarz. Wycięto wszystkie krzewy i drzewa – z wyjątkiem kilku, z białej cegły wymurowano parkan. Powstała niemal pusta, zamknięta przestrzeń, jakby dla podkreślenia, że historia została tragicznie zakończona. Są tacy, którzy uważają, że kirkut sprzed renowacji, kiedy to z zarośli ledwie wystawały macewy, był ładniejszy, bo otaczała go aureola tajemnicy. Ale pewnie jest to kwestia gustu czy wyobraźni.

KRZYSZTOF JAKUBOWSKI

Śródtytuły stanowią dwie zwrotki wiersza Kazimierza Wierzyńskiego pt. „Do Żydów”.
W artykule wykorzystałem – oprócz zebranych przez siebie relacji – archiwalia Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie i Instytutu Pamięci Narodowej oraz książkę Michała Grynberga „Żydzi w rejencji ciechanowskiej 1939-1942”, Warszawa 1984.
Przy okazji dziękuję występującym w tym tekście strzegowianom – za to, że obdarzyli mnie swoim zaufaniem (rozmowy o grozie i śmierci nie są łatwe). Dziękuję również pracownikom miejscowego Urzędu Gminy z p. wójtem Wiesławem Zalewskim oraz dyrektorowi tamtejszego Zespołu Szkół p. Wiesławowi Popkowi, którzy naprowadzili mnie na ślady niejednego dramatycznego epizodu, a także p. dr. Dariuszowi Marchewce z Kutna – za życzliwe rady. Słowa szczególnej wdzięczności kieruję pod adresem p. dr. Tadeusza Kulasa z Płocka, który zachęcał mnie do podjęcia tego tematu i ułatwiał kontakty ze świadkami historii.
K.J.

autor: K.Jakubowski

Komentarze Internautów (1)dodaj komentarz

  • mieszkaniec Strzegowa, 2017-07-19 19:54:09
    nieco historii o moich rodzinnych stronach.
    Bardzo ciekawe i jakże bliskie mojej osobie fakty. Cieszę się, że wśród rodziny znalazłem bohaterów tamtych czasów. W dzisiejszych czasach rzadko się mówi o historii rodzinnych stron. Szkoda że nie ma jasno napisane kto z mieszkańców był po stronie nazistów. Ale może to lepiej.