Tygodnik Ciechanowski

Niedziela, 20 kwietnia 2014

Śladami Barbary Drapczyńskiej z Wieczfni Kościelnej: Żona Krzysztofa Kamila

05.10.2004 10:00:00

Była żoną Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, legendarnego poety i żołnierza Powstania Warszawskiego. Nazywała się Drapczyńska, na imię miała Barbara, zginęła – jak jej mąż – w 1944 roku. I to są fakty powszechnie znane. Urodziła się i wychowywała w Wieczfni Kościelnej, o czym już na ogół publikacje nie wspominają.
Odtworzyć dzisiaj wieczfniński, 13-letni okres w krótkim życiu Basi i jej rodziny? Czas zasypał ślady, wielu świadków nie żyje, archiwalia przetrzebione… Spróbujmy ułożyć obraz z okruchów informacji.

Rok 1922: w Wieczfni rodzi się Basia
W pierwszych latach Polski niepodległej, najpóźniej 1921 roku, z Radomia przybył do Wieczfni kawaler Ryszard Drapczyński. Objął posadę nauczyciela w miejscowej szkole powszechnej. Wśród nielicznych członków grona pedagogicznego tej placówki była Feliksa Marianna Gadomska, urodziwa panna z pobliskiej Pogorzeli, wcześniej prawdopodobnie guwernantka w wieczfnińskim dworku Krępskich. Podobno zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia.

Tak czy inaczej, 11 lutego 1922 roku Ryszard i Feliksa w kościele w Wieczfni przyrzekli sobie dozgonną miłość i wierność. On miał 21 lat, ona była o rok młodsza. Związek pobłogosławił ksiądz proboszcz Hieronim Syski. Jak zaznaczył w akcie ślubu, zawarcie małżeństwa poprzedziła tylko jedna zapowiedź, od dwu pozostałych Kuria Diecezjalna w Płocku udzieliła dyspensy. Z jakichś powodów młodym nauczycielom spieszyło się do ołtarza?

Jeszcze w tym samym roku, 13 listopada, urodziło im się dziecko płci żeńskiej. Półtora miesiąca później, 31 grudnia, na chrzcie świętym otrzymało imiona Barbara Stanisława, czego świadkami byli Marian i Halina małżonkowie Drapczyńcy ( brat i bratowa Ryszarda). Zastanawiające: ks. Syski w księdze metrykalnej zapisał, że obrzęd ten był spóźniony „z winy rodziców”.

W 1925 roku przyszło na świat drugie i ostatnie dziecko Drapczyńskich – syn Zbigniew Ryszard. Urodził się wszakże w Warszawie (15 marca) i dziewięć dni później tamże został ochrzczony – w kościele Najświętszej Marii Panny, co księdze parafii Wieczfnia potwierdził ks. Syski.

Ciocia Fela z Pogorzeli
- Ojciec Feliksy Gadomskiej - Feliks i moja babcia Marianna z Gadomskich Moszczyńska to byli brat i siostra. Matka Basi była więc dla mnie ciotką. Szkoda, że moja mama nie żyje, mogłaby wiele powiedzieć – Marianna Zakrzewska wyjaśnia mi w Pogorzeli koneksje rodzinne.

Tutaj Feliks Gadomski, dziadek Basi, pracował na roli. Miał duży, drewniany dom. Spłonął w czasie okupacji, tak jak inne zabudowania. Wówczas Feliks sprzedał gospodarstwo Zofii i Bogumiłowi Moszczyńskim. Oni z kolei przekazali je swojej córce Mariannie, która wydała się za Henryka Zakrzewskiego. Oboje Zakrzewscy są już na emeryturze – gospodarstwo prowadzą ich córka z mężem. Marianna Zakrzewska (rocznik: 1936) nie pamięta Basi, za to dobrze znała jej matkę: - Ciocia Fela nie zapominała, skąd wyszła. Niejeden raz do nas przyjeżdżała, razem z wujkiem Ryszardem.

Przed swoim domem w Wieczfni siedzi Genowefa Robaczyńska, lat 82. – Drapczyńscy… - zamyśla się. – Kawałek pięknej historii. Feliksa pochodziła z rodziny mojej mamy Marii Boguckiej, zwracałam się do niej per ciociu, w dodatku była moją chrzestną matką. A wuj Ryszard był moim nauczycielem. Jestem rówieśnicą Basi, uczyłyśmy się w tym samym oddziale.

Żeby usytuować ówczesną szkołę w Wieczfni, naruszmy nieco porządek chronologiczny. Budynek, w którym się mieściła, rozbudowali Niemcy, a następnie władze Polski Ludowej. Dziś jest siedzibą administracji gminnej. Część obiektu zajmuje policja i właśnie w tym, pierwotnym segmencie znajdowała się kiedyś szkoła.
- Były to dwie sale lekcyjne. Przylegało do nich mieszkanie Drapczyńskich: dwa pokoje z kuchnią. Bywałam tam wielokrotnie – mówi Genowefa Robaczyńska.

Gdy Feliksa Gadomska wyszła za mąż, zrezygnowała z pracy nauczycielskiej. Zajęła się rodziną, do pomocy miała gosposię. Ryszard Drapczyński zaś awansował na kierownika szkoły.

Linia pana Drapczyńskiego
Odnalazłem kilkoro jego uczniów. Jak go wspominają? Zofia Wilamowska z Kulan: - Uczył mnie matematyki. Pod ręką zawsze miał grubą, drewnianą metrówkę. Jak ktoś przeskrobał albo się czegoś nie nauczył, dostawał nią w łapę.

Henryk Gaworski z Wieczfni: - Ostry, wymagający nauczyciel. Żądał od nas uczciwości, ale i sam dawał nam dobry przykład. A ta jego linia… budziła postrach.

Jan Czaplicki z Pogorzeli, rocznik 1919: - Oprócz matematyki uczył historii i geografii. Nie odrobić lekcji… O, to było wielkie przestępstwo. W ruch szła linia.

Genowefa Robaczyńska z Wieczfni: - Był świetnym matematykiem. Tabliczkę mnożenia traktował jak pacierz. Ukończyć u niego siedem klas, to tak jak dzisiaj zdobyć maturę. Choć byłam spokrewniona z jego żoną, w szkole żadnych ulg nie miałam. Myślę, że Drapczyński oczekiwał od mnie więcej niż od innych uczniów. Surowy w szkole, w życiu prywatnym był ostoją dobroci. Przekonałam się o tym, bywając w mieszkaniu wujostwa. Na większe święto dostawałam od nich słodycze.

Józefa Ludwińska z Pepłówka, rocznik 1918: - To był nauczyciel nad nauczycielami. Największego matoła potrafił nauczyć matematyki. Basia w oczach jej wieczfnińskich rówieśników? Była ładną, towarzyską i zdolną dziewczyną, chociaż nie zawsze pilną. Czasem próbowała grać rolę rozkapryszonej córki kierownika szkoły, ale ojciec natychmiast przywoływał ja do porządku. Więcej, dbał o to, by nie poczuła się uprzywilejowana. Być może ona najbardziej poznała smak owej linii.
- Pewnego razu dostała parę klapsów od ojca. Na oczach innych uczniów – zapamiętał Jan Czaplicki. – Wstawiła się za nią jej matka. W efekcie na tym tle doszło do spięcia między rodzicami Basi.

Jak wielu wiejskich nauczycieli, Ryszard Drapczyński udzielał się społecznie. Urządzał loterie fantowe. Utworzył teatrzyk szkolny – na przedstawienia przychodziła cała wieś. Zdobywszy w ten sposób pieniądze, pojechał z uczniami na trzydniowa wycieczkę do Gdyni.
- Dla nas, wiejskich dzieci, była to niezapomniana wyprawa – mówi Jan Czaplicki.

Założył też w Wieczfni kasę Szewczyka i - razem z Bonifacym Boguckim – straż pożarną (według innych źródeł przeniósł ją z Kuklina), a potem przy niej utworzył orkiestrę dętą.

Za pracę w szkole nie otrzymywał wysokiej pensji. Ale dorabiał sobie prowadząc rachunkowość w kasie i sklepie „Spójni”. Mógł więc zapewnić rodzinie spokojne i względnie dostatnie życie.

Dlaczego Drapczyńscy opuścili Wieczfnię
W 1934 roku Drapczyńscy jednak opuścili Wieczfnię. Tradycja ustna mówi, że z powodu nieporozumień z ówczesnym proboszczem ks. Ludomirem Lissowskim. W świetle późniejszych faktów tym przekazom trudno dać wiarę. Jeśli kierownik szkoły miał jakieś zatargi z duchowieństwem, to tylko ze wspomnianym księdzem Syskim. Przyczyn odejścia cenionego nauczyciela szukać trzeba gdzie indziej.
- Mój ojciec, były żołnierz armii carskiej, był przeciwnikiem marszałka Piłsudskiego i jego obozu. Często rozmawiał o Polsce z panem Drapczyńskim i zupełnie się ze sobą zgadzali zauważa Jan Czaplicki.

Ryszard Drapczyński swe polityczne sympatie lokował na radykalnym skrzydle ruchu ludowego. Bliskie mu było PSL „Wyzwolenie”.

Józef Leszczyński, historyk mławskiej oświaty, od 1927 roku nauczyciel w Uniszkach Zawadzkich, przyjaźnił się ze swoim kolegą po fachu z Wieczfni. Według niego w roku 1933/34 władze szkolne nakazały Drapczyńskiemu zorganizowanie w gminie Związku Strzeleckiego. Nie spełnił tego polecenia, bo – jak pisze, powołując się na Leszczyńskiego, Wiesław Budzyński w książce „Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila”: „1/ nie lubił, aby go stawiano w roli naganiacza; 2/ nie znosił sanacji; 3/ nie znał się na tym, bo w wojsku nie służył i chyba karabinu nie miał dotąd w rękach”.

Za karę Drapczyński został przeniesiony służbowo do Lądka. Wkrótce potem się rozchorował i przeszedł na emeryturę. Było to doprawdy dramatyczne zakończenie kariery ambitnego nauczyciela. Szukając dla siebie miejsca, przeprowadził się do Warszawy, gdzie jego bracia – Stanisław, Marian i Mieczysław – mieli drukarnię. Dołączył do ich spółki, razem rozwinęli zakład.

Basia i Krzysztof
W stolicy Basia ukończyła gimnazjum, a później – już na tajnych kompletach – zdobyła maturę.

Krzysztofa Kamila Baczyńskiego – już wówczas poetę cenionego w podziemnym środowisku literackim, owego „drugiego Słowackiego” – poznała w 1941 roku. Oboje studiowali polonistykę u profesora Adamczewskiego na konspiracyjnym Uniwersytecie.

Rok później w kościele na Solcu wzięli ślub. Sakramentu małżeństwa udzielił im wspomniany ks. Ludomir Lissowski, kapłan zasługujący na osobny artykuł. Tu podajmy tylko, że po wybuchu wojny, obawiając się represji ze strony Niemców, przedarł się on z Wieczfni do stolicy. Pod fałszywym nazwiskiem Leona Latowicza został wikariuszem parafii św. Aleksandra i nawiązał kontakt z Drapczyńskimi. Zmarł w 1974 roku w Sierpcu.

Wtedy, po ceremonii zaślubin, podarował Basi i Krzysztofowi figurkę Matki Boskiej z napisem „Monstra te esse matrem” („Okaż się Matką”). Przez wiele lat uważano, że statuetka zaginęła. Odnalazła się pod koniec lat siedemdziesiątych i była atrakcją wystawy poświęconej K.K. Baczyńskiemu w Muzeum Literatury w Warszawie.

Świadkiem ślubu ze strony pana młodego był Jerzy Andrzejewski. W tej uroczystości, a także w weselu, które odbywało się w mieszkaniu Drapczyńskich na ul. Śniegockiej 10, uczestniczyło jeszcze znanych ludzi pióra, w tym Jarosław Iwaszkiewicz. Zdziwiło go, że Krzysztof i Basia „to jeszcze dzieci”.

Młodzi zamieszkali w domu na ul. Hołówki 3, w mieszkaniu jego matki (ojciec, Stanisław, nie żył od 1939 r.), która wyprowadziła się do Anina. Był to pewien afront ze strony Stefanii Baczyńskiej: związek swego jedynaka z „drukarzówną” uważała za mezalians. Także Feliksa Drapczyńska nie była zadowolona: u boku córki chciałaby widzieć mężczyznę z konkretnym zawodem, a nie „jakiegoś poetę”. Najważniejsze, że młodzi małżonkowie byli w sobie zakochani. On podarował jej na prezent ślubny tomik wierszy „W żalu najczystszym”, a wcześniej kilka innych liryków miłosnych. Ona ofiarowała mu swoje młodzieńcze ciepło. Była przekonana, że czeka go wielka kariera, widziała w nim wręcz przyszłego boga na parnasie. Hanna Zaniewska, koleżanka Basi z tajnych kompletów, po wykładzie u prof. Adamczewskiego usłyszała od niej: „Mój mąż jest poetą (…). Wybitnym poetą”.

Zbigniew Baczyński odwiedził Basię i Krzysztofowi w ich mieszkaniu w lecie 1943 roku. Po latach tak opisał wrażenia z tej wizyty: „Barbara była pełna wdzięku, skromna i bezpośrednia, zapatrzona niezłomną wiarą w geniusz poetycki swego męża, którego darzyła – co łatwo było dostrzec – miłością i serdeczną opieką. Stwierdziłem wtedy, że Krzysztof z wypieszczonego jedynaczka przekształcił się w dorosłego mężczyznę”.

„Ja wiem, że Krzysztof nie żyje, to i ja…”
1 sierpnia 1944 roku rozpoczęło się Powstanie Warszawskie. Baczyński był wtedy zastępcą dowódcy III plutonu 3 kompanii batalionu AK „Parasol”. Cztery dni później, odcięty od macierzystego oddziału, zginął od kuli nieprzyjaciela w Pałacu Blanka, o czym Basi przezornie nie doniesiono.

Wybuch Powstania zastał ją w okolicach placu Piłsudskiego (pełniła funkcję łączniczki). Przeraziła się na widok zmasakrowanych ciał. Niebawem schroniła się w mieszkaniu swoich rodziców – w kamienicy na Pańskiej, oczekując wiadomości o losach męża.

W czasie walk lokatorzy tego domu gromadzili się w piwnicach. Basia nie znosiła dusznej atmosfery tych pomieszczeń, w których stłoczeni ludzie nierzadko lamentowali. Więcej, imponowała odwagą. Wychodziła na zewnątrz, by gasić ogień, czego nie odważyli się czynić mężczyźni. 26 sierpnia, gdy przebywała na podwórku, pocisk uderzył w szybę (na parterze był warsztat szklarski). Odłamek szkła trafił w głowę Basi, uszkadzając, jak się okaże, mózg.

Operacja, przeprowadzona w prymitywnych warunkach, była nieudana. Basia umierała w mękach. W momentach świadomości zwierzała się: „Ja wiem, że Krzysztof nie żyje, to i ja nie chcę żyć”. Odeszła 1 września, trzymając w rękach tomik wierszy męża i jego dyplom ukończenia podchorążówki.

Po zakończeniu wojny w Warszawie rozpowszechniła się wieść, że Basia umarła będąc w ciąży. Potwierdziła to jej matka.

Po śmierci Basi
W 1946 roku oboje Drapczyńcy przyjechali do Wieczfni na ślub swej kuzynki i uczennicy.
– Wujek Ryszard był już wtedy ciężko chory, ale wygłosił piękną mowę na moim weselu. Ciocia Fela podarowała mi złotą puderniczkę – z sentymentem wspomina Genowefa Robaczyńska. - W jakiś czas potem zachorowała moja mama, leczyła się w Warszawie. Opiekując się nią, zatrzymywałam się u Drapczyńskich. To już nie byli tacy ludzie jak przed wojną. Śmierć Basi to był dla nich cios, z którego się nie podnieśli.

Marianna Zakrzewska ukończyła szkołę nauczycielską w Mławie. Dostała etat w Podkowie Leśnej. – W czasach komunistycznych – opowiada – pracownikom oświaty zakazywano chodzenia do kościoła. W niejedną niedzielę więc jeździłam kolejką do Warszawy, do Feliksy Drapczyńskiej na Śniegockiej 10. Z rana szłyśmy na mszę, a potem jadłyśmy obiad i rozmawiały. Ciocia Fela ciągle przeżywała śmierć córki, czuła się osamotniona, zwłaszcza że wuj już nie żył (zmarł pod koniec lat czterdziestych – red.). Mówiła mi: „Często mnie odwiedzaj. Wiesz, przypominasz mi Basię”.

Po trzech latach pracy nauczycielskiej w Podkowie Marianna Zakrzewska wróciła do Pogorzeli. Teraz do niej zaczęła przyjeżdżać Feliksa Drapczyńska, tak jak wcześniej swą rodzinną wieś odwiedzała z mężem. Oczywiście wpadali także do krewnych w Wieczni. I tu, i tam pojawiał się też ich syn Zbigniew. - Był wesołym mężczyzną, duszą towarzystwa – takim zapamiętali go kuzyni.

Feliksa Drapczyńska zmarła pod koniec lat siedemdziesiątych. Zbigniew umarł nagle w 1981 roku.

Legenda
Nauczycieli, którzy dużo wymagali od uczniów i nie żałowali im razów, pamięta się przez całe życie. W świadomości najstarszych mieszkańców Wieczfni i okolicznych wsi Ryszard Drapczyński jawi się jako pedagog surowy, uczciwy, rzetelny, sprawiedliwy i właśnie wymagający. Człowiek z poczuciem misji społecznej.

Ale pewnie nie znalazłby trwałego miejsca w lokalnej tradycji, gdyby jego córka nie została żoną słynnego poety i żołnierza. Dzisiaj Basia jest chlubą Wieczfni.

Roman Palman, miejscowy emerytowany nauczyciel i zbieracz pamiątek przeszłości, w wierszowanych dziejach wieczfnińskiego harcerstwa poświęcił jej jedną zwrotkę:
...W drużynie tej chlubnie wzrastała
Drapczyńska – Baczyńska Barbara
Co w Szarych Szeregach wraz z mężem
Swe życie na Kraj Nasz oddała…
Wbrew temu, co sugeruje utwór, Basia nie walczyła z bronią w rękach. Lecz nie to jest najistotniejsze. Ważne, że powstaje lokalna legenda, która jest silniejsza od faktów. Legendą żywi się pamięć.

KRZYSZTOF JAKUBOWSKI

autor: K.Jakubowski

Komentarze Internautów (2)dodaj komentarz

  • Siaaak, 2009-02-27 02:22:14
    Bohaterka
    Piękna i smutna historia bohaterki.. Taka piękna miłość a tak smutno się zakończyła;(
  • Piotr - Wieczfnia-Nidzica, 2010-07-13 13:35:24
    Krępsccy z Wieczfni Kościelnej
    Witam. Czy posiada Pan wiedzę oraz materiały + jakąś ikonografie do dworów w parafii wieczfnieńskiej ? Szczególnie do dworu Krępskiego, Zembrzuskiego z Kulan oraz Piekarskiego z Kuklina. A także wiedzę i materiały dotyczące wszelkich organizacji społecznych i kościelnych z tejże parafii ? Pisze na ten temat. Może udało by się połączyć z Panem siły twórcze :) Pozdrawiam serdecznie. Piotr R. z Olsztyna.