Tygodnik Ciechanowski

Wtorek, 22 stycznia 2019

Już teraz zamów e-prenumeratę Tygodnika Ciechanowskiego. W e-prenumeracie taniej!

Dary ze spiżu czy z ducha i intelektu?

07.05.2005 09:00:00

Czy dni Wielkiej Żałoby były czasem „narodowych rekolekcji”, jak sugerują biskupi, pisarze, publicyści, a nawet politycy? Czy w rezultacie dokonała się przemiana w społeczeństwie polskim? Nie wiem. Odpowiedzi na te pytania przyniesie życie, albowiem „po owocach ich poznacie”, a te, aby dojrzeć, wymagają czasu, pielęgnacji, nieustannej troski kompetentnych i pracowitych ogrodników. Dzisiaj potrzeba jest szczególnie właśnie mądrych, roztropnych robotników – na wielu polach, nie tylko w „winnicy pańskiej”.
Żałoba ma to do siebie, że szybko mija. Nie da się długo utrzymać powszechnego klimatu skupienia, wyciszenia, wzajemnej życzliwości. Atmosferę zadumania zakłócą przyziemnie problemy – nie chcę powiedzieć, że nieważne. Wielu z nas znowu stanie przed dylematem, za co kupić lekarstwa dla dziadka czy podręczniki dla dziecka. Wielu ponownie zacznie się zastanawiać, jak i gdzie zdobyć pracę. Wielu będzie się zmagać z własną chorobą. Niebawem rozpoczną się kampanie przedwyborcze – ulice, gazety, telewizje – zaleją fale krzykliwej propagandy. W walce o byt i o władzę wychodzą na jaw ciemniejsze warstwy duszy ludzkiej. Sadzę, że teraz

niezbędna jest krytyczna refleksja
nad tym, czego doświadczyliśmy na przełomie marca i kwietnia, a także okresie całego pontyfikatu Papieża „z dalekiego kraju”. Krytyka, zdaje się, nie jest naszą mocną stroną, w dodatku często jest fałszywie rozumiana. W krytyce nie chodzi o to, by komuś wytknąć jego błędy czy kogoś ośmieszyć, a w efekcie pokazać, że tylko ja mam rację. Nie idzie także o apologię danego człowieka, jego dążeń, myśli, nauki. Kritikos – przypomnę – w języku greckim to człowiek umiejący rozróżniać. Odróżniać prawdę od fałszu, ćwierćprawdę czy półprawdę od całej prawdy, prawdę pozorną od prawdy, dobro od zła, rzeczy ważne od rzeczy nieistotnych etc. etc. Krytyka jest czynnością rozumu i sumienia, przejawem umiejętności oceny i selekcji ofert, jakich stale dostarcza nam świat.

Ryszard Kapuściński – pisarz, który potrafi nie tylko opisywać świat, ale i go tłumaczyć – pewnego razu obserwował młodego Amerykanina, niejakiego Paula. Onże młodzieniec, przybywszy do Polski, natychmiast właczył telewizor. Usiadł wygodnie na kanapie i przy pomocy pilota przeskakiwał z kanału na kanał. I wcale nie zamierzał dowiedzieć się czegoś o kraju, do którego przyjechał. To go zupełnie nie interesowało. On, okazało się, jest uzależniony od telewizji (są tacy ludzie), bez niej nie potrafi normalnie żyć. Patrzy na ekran po to, by uciec od ciszy. Nieistotne, co widzi i słyszy, ważne, że – jak jest przekonany - obraz i słowo wypełniają pustkę. Bezkrytycznie chłonie to, co mu podsuwa nadawca. Kapuściński porównuje casus Paula z pilotem w rękach do klienta supermarketu z koszykiem, do którego włoży wszystko, co jest błyszczące, nowe, ładnie opakowane i przy tym tanie.

Przytaczam to spostrzeżenie autora „Lapidariów” nie bez powodu. Żyjemy bowiem w dobie kultury masowej, owego targowiska (supermarketu) idei. Ci, którzy występują na nim w charakterze sprzedawców, krzyczą: nasz towar jest najlepszy! – licząc na niewybredne gusta konsumentów, które zresztą sami kształtują. Kto w ma rękach - na przykład - telewizję satelitarną, dysponuje środkiem urabiania opinii publicznej o olbrzymiej sile. Może nawet z przestępcy uczynić idola milionów, może też przewodnika duchowego zredukować do poziomu, powiedzmy, miłośnika narciarstwa, kajakarstwa i kremówek. Przestrzegał przed tym już dawno temu Theodor Adorno, czołowy przedstawiciel szkoły frankfurckiej

Papież z Polski już za swego życia był częścią kultury masowej – to była cena, jaką płacił za korzystanie z mediów jako narzędzia ewangelizacji. Jego śmierć i pogrzeb stały się zaś globalnym widowiskiem, jakiego świat przedtem nie widział. Nie twierdzę, że jest to coś złego – dostrzegam w tym znak czasu, postępu techniki, masowej wymiany informacji. Zastanawiam się tylko, ile z owego misterium umierania i ceremonii pogrzebowej (z piękną homilią kardynała Ratzingera), ba, ile z bogatego nauczania Jana Pawła II pozostanie w naszych umysłach i sercach? Na ile manifestacje miłości do Ojca Świętego wypływają z głębi wnętrz ludzkich, a na ile wynikają z atmosfery ostatnich dni, w dużej mierze tworzonej przez media?

To zależy od każdego z nas. Ale – uwaga! – natura ludzka

skłonna jest do trywializacji wszystkiego, łącznie z sacrum.
Na straganach przed bazyliką św. Antoniego w Padwie widziałem osobliwe „dewocjonalia”: alkohole z obrazkami tego świętego. Były one umieszczone w środku butelek, zamiast etykiet, tak że wydawało się, iż san Antonio (ubogi mnich, asceta) pływa. Święty Antoni w wódce utopiony! Te groteskowe pamiątki, ochoczo nabywane przez pielgrzymów i turystów, przypomniały mi się, gdy zobaczyłem wizerunki Jana Pawła II na folii samoprzelepnej (można je umieścić np. na lodówce), na koszulach (w jakich idzie się na ryby czy mecz), na klamrach pasków… do spodni, na breloczkach do kluczy, na okładkach „filipinek”, czyli pism dla kobiet i młodzieży, które z radykalizmem ewangelicznym i rygoryzmem moralnym Karola Wojtyły nie mają nic wspólnego, bo lansują model życia jako – jak to nazywają socjolodzy – „wielkiej balangi”. Papież staje się, niestety, maskotką kultury masowej.

Nie ma recepty na komercjalizację osoby Ojca Świętego? Jest. Najprostsza rada: nie kupować tych banalnych, jarmarcznych towarów. To byłby dowód krytycyzmu, czyli umiejętności rozróżniania. Zdaje się, że do tego zmierzają apele przedstawicieli episkopatu.

Co więcej, mamy do czynienia ze swoistą modą na Jana Pawła II. Przyznają się do Niego nawet ci, których dotąd o to nawet nie podejrzewałem. Nie czynię im zarzutu – być może chodzi o owoce „narodowych rekolekcji”, niech one będą tajemnicą ich uczestników. Jednakże istnieje olbrzymia pokusa instrumentalnego wykorzystywania powszechnie uznawanych autorytetów moralnych w niejednym obszarze życia publicznego, np. w polityce. Strzeżmy się fałszywych świadków.

Tak samo z rezerwą trzeba podchodzić do wezwań o natychmiastową beatyfikację Jana Pawła II czy o niezwłoczne ogłoszenie go patronem Polski. Przemawiać za tym mają m.in. cuda, jakich Bóg miał dokonać za wstawiennictwem Papieża. Kościół – nie zapominajmy - z najwyższą ostrożnością traktuje wszelkie znaki uważane za nadprzyrodzone (łącznie z objawieniami prywatnymi), niektóre procesy beatyfikacyjne czy kanonizacyjne prowadzi przez lata.

Bodaj Karl Rahner, jeden z najwybitniejszych teologów XX w., powiadał, że cuda w jakimś sensie osłabiają wiarę, bo nierzadko stają się tylko przedmiotem ciekawości i sensacji. Nie sztuka uwierzyć, gdy się widzi.

Rozwagi! Być może Jan Paweł II formalnie będzie świętym i patronem Polski. Te sprawy wymagają czasu i cierpliwości, zostawmy jej Benedyktowi XVI.

Niewykluczone, że mają rację ci teologowie i socjologowie, którzy twierdzą, iż na przełomie marca i kwietnia obecnego roku w naszym kraju

został uruchomiony pewien pozytywny proces,
którego jednak na razie nie jesteśmy w stanie opisać, a tym bardziej przewidzieć jego skutków. Jedno nie ulega wątpliwości: nie brakuje ludzi autentycznie kochających zmarłego Ojca Świętego. Są gotowi w Jego imię poświęcać „ad bonum comunae” pieniądze, bezinteresowną pracę i oczywiście żyć według tego, co głosił. Ten zapał trzeba jednak próbować ukierunkować, sprowadzić na właściwe tory. Źle byłoby, gdybyśmy nie wykorzystali wiary i społecznej energii, jakie wyzwoliła śmierć wielkiego Rodaka. Niektórzy mławianie pytają mnie, jaki sposób uczczenia pamięci Jan Pawła II byłby najlepszy. Proszę ich o roztropność. Roztropność, która jest jedną z cnót kardynalnych.

O ile mi wiadomo, powstało już wiele społecznych komitetów budowy pomników Jana Pawła II i nadania Jego imienia ulicom. Ba, jakaś spółdzielnia, wyczuwając koniunkturę, proponuje parafiom i gminom gotowe popiersia zmarłego Papieża, wystarczy tylko zbudować cokoły.

Nie, nie jestem przeciwnikiem stawania monumentów – „Vox populi, vox Dei. Ale – po pierwsze – te gesty wdzięczności nie powinny być czymś w zamian, jeśli już, to obok czegoś ważniejszego. Po drugie – czy takie formy pamięci byłyby zgodne z wolą i nauką Tego, którego chcemy uhonorować i którego chcemy naśladować?

Karol Wojtyła żył nader skromnie, nie pozostawił po sobie majątku. Jako dziecko świadczył sieroctwa (śmierć matki i brata), jako młodzieniec – niedostatku (wojna). Jako młody kapłan chodził w wytartej sutannie i rozpadających się butach. Będąc wikariuszem w Niegowici, oddał pogorzelcom swoją pościel, którą otrzymał od parafian. Później, gdy był już znanym księdzem, biskupem, kardynałem, stale kogoś wspierał finansowo: bezrobotnych redaktorów „Tygodnika Powszechnego”, studentów, budowniczego Gdyni Eugeniusza Kwiatkowskiego. To tylko niektóre świadectwa miłosierdzia Wojtyły. Trudno zliczyć tych, którym pomagał i materialnie, i duchowo.

Jeszcze jedna znamienna wskazówka. Oto w Watykanie zameldowali się dawni uczniowie ks. Wojtyły. Pochwalili się, że gdzieś na Mazurach, na szlaku, pod którym kiedyś chodzili z „Wujkiem”, ustawią głaz z tabliczką. Papież roześmiał się cokolwiek ironicznie i odpowiedział: „Nie zaśmiecajcie lasu”.

Przypuszczam, że sprawilibyśmy Mu wielką radość, gdybyśmy dzisiaj zakładali i realizowali – jak to ujmują biskupi –

szeroko pojęte dzieła miłosierdzia.
Co można by zrobić w takim mieście, jak Ciechanów czy Mława? Oto kilka propozycji.

Rzecz zasadnicza: żeby zrozumieć tego, któremu chcemy hołdować, powinniśmy go poznać. Poznanie – niekoniecznie w rozumieniu filozoficznym – jest zresztą warunkiem właściwego i skutecznego działania. Warto, jak sądzę, w bibliotekach publicznych, szkolnych, uczelnianych gromadzić encykliki, adhortacje, listy apostolskie, homilie i przemówienia Jana Pawła II, a także prace etyczne i literackie Karola Wojtyły. Byłyby to podręczne ośrodki studiów nad dziedzictwem Papieża.

Z kolei w muzeach można by organizować wystawy. Dlaczego – na przykład – nie wyeksponować fotografii z uroczystości nadania i przekazania Janowi Pawłowi II honorowego obywatelstwa Mławy? Ekspozycje to prosty i nader obrazowy wyraz pamięci.

W każdym mieści (gminie, parafii) mieszkają ludzie, którzy wprost albo pośrednio zetknęli się z Papieżem. Czego doświadczyli? Jak Ojciec Święty wpływał na ich życie? Zbierzmy te świadectwa i opublikujmy. Nic bardziej nie oddziałuje na świadomość niż osobiste przykłady.

Na wzór Fundacji Trzeciego Tysiąclecia, która zapewnia stypendia młodzieży ze środowisk wiejskich, zwłaszcza popegeerowskich, mogą powstawać lokalne fundacje im. Jana Pawła II. Mogłyby się wykazywać zarówno na polu ściśle charytatywnym (nieograniczone możliwości), jak i edukacyjnym. Widzę je w roli fundatorów stypendiów (Wojtyła uczył się przez całe życie) i organizatorów, dofinansowywanych przez siebie, wyjazdów młodzieży do Rzymu. Uboczną, ale jakże cenną, zasługą Papieża z Polski jest to, że otworzył nam Wieczne Miasto i całą Italię. I trudno przecenić religijne, estetyczne, intelektualne pożytki z podróży do ojczyzny Dantego, Michała Anioła, Giotta, Jana XXIII. Ferdynand Gregorovius, XIX- wieczny historyk dziejów starożytnych, notabene pochodzący z Nidzicy, mawiał, że do Rzymu należy udawać się co roku.

Kolejna propozycja dla fundacji. Czy nie mogłyby one uczyć np. radnych i innych lokalnych polityków, dziennikarzy itp. sztuki dyskursu (to jest co więcej niż dyskusja)? Jan Paweł II był wszakże człowiekiem dialogu i pojednania.

Wreszcie: czy nie należy dążyć do przywrócenia w szkołach ponadgimnazjalnych filozofii – nawiasem mówiąc, naukowej specjalności Karola Wojtyły – może najpierw jako przedmiotu fakultatywnego? Jeśli nie umiemy ze sobą poważnie rozmawiać, czyli prowadzić dialogu (vide: ostatnia sesja rady Powiatu Mławskiego), to przede wszystkim dlatego, że mamy braki w edukacji filozoficznej.

Hannah Arendt, autorka głośnej książki o procesie Eichmana w Jerozolimie, ukuła pojecie „banalizacja zła”, weszło ono do słowników historii i politologii. Równie łatwo – jeśli nie łatwiej –

można zbanalizować dobro.
Dobro, które niewątpliwie odrodziło się w Polsce za sprawą Jana Pawła II.

Jednym z warunków „skutecznych” rekolekcji jest mocne postanowienie poprawy. Trwała przemiana człowieka zazwyczaj dokonuje się nie podczas publicznych zgromadzeń (manifestacji), tylko w zaciszu. W zaciszu duszy.

KRZYSZTOF JAKUBOWSKI

autor: K.Jakubowski

Komentarze Internautów (0)dodaj komentarz

Na razie nikt nie skomentował tego artykułu, aby wziąć udział w dyskusji, należy dodać komentarz