Tygodnik Ciechanowski

Piątek, 21 czerwca 2019

Już teraz zamów e-prenumeratę Tygodnika Ciechanowskiego. W e-prenumeracie taniej!

Społeczeństwo

A A A poleć znajomemu drukuj stronę

Pan Roman z Bieżunia

02.09.2006 09:00:00

Romana Lejmana można codziennie zauważyć, jak jedzie sobie rowerem ulicami Bieżunia. Powoli, nie spiesząc się, kreci pedałami, pozdrawia idących mieszkańców miasteczka. Zna tu niemal wszystkich i wszyscy jego znają.
Potem pan Roman kieruje się w stronę wioski Mak, odległej od Bieżunia o pięć kilometrów, dojeżdża do niej, wraca, jedzie do Strzeszewa, kolejne pięć kilometrów. Wraca. I tak dzień, w dzień, nawet przy niepogodzie, chyba, że na dworze jest tak, że psa trudno wypędzić.
Nie byłoby w tym niczego dziwnego, gdyby nie to, że pan Roman ma już 81 lat...
-No, ostatnio przez pięć dni nie jeździłem – usprawiedliwia sie starszy pan. - Byłem w Ochotnicy, w górach...
Wyjazdy do Ochotnicy, miejscowości w okolicach Nowego Sącza, są dla Lejmana niemal rytuałem, związanym z czasem wojny. Niemcy wysiedlili tam narzeczoną pana Romana. Jedna z góralskich rodzin przyjęła pannę Teresę, przygarnęła ją jak własną krewną, pomogła w przetrwaniu. Po wojnie wróciła do Bieżunia, gdzie pobrali się z Romanem. Jakiś czas potem Lejman pojechał na Sądecczyznę w interesach, był tez w Ochotnicy. Dawni gospodarze żony rozpoznali go, choć nigdy go na oczy nie widzieli. Znali go z opowiadań narzeczonej.
Od tamtej pory Lejmanowie starali się co jakiś czas bywać u swych góralskich opiekunów-przyjaciół. Czuli się jak w rodzinie.
Urodził sie Lejman w Bieżuniu, jest chodzącą historią miasteczka. Poród odbierała słynna w w latach dwudziestych ub. stulecia w Bieżuniu położna Gałajgowa. Niektóre momenty wryły mu się w pamięć mocno. Chwile z dzieciństwa, sąsiadowanie ze społecznością żydowską, której już w miasteczku nie ma. Miał Romek młodych Żydów za szkolnych kolegów. Bywał w ich domach, także w bieżuńskiej bożnicy – z ciekawości. Bywało, wchodził na drzewo, by oglądać żydowskie pogrzeby. Tę sielankową koegzystencję przerwała brutalnie wojna. Niemcy urządzili w Bieżuniu obóz pracy – ogrodzili drutem kolczastym część zabudowań, uprzednio wyrzuciwszy z nich ludzi oraz inwentarz. Więźniowie tłukli kamienie i budowali z nich drogi. Mieszkańcy Bieżunia byli zobowiązani do zbierania kamieni i zwożenia ich na pryzmy w Stanisławowie. Woził je tam furmanką i młody Lejman.
-Pamiętam, jak przy mnie wachman zastrzelił jednego z więźniów – wspomina pan Roman. - Uczynił to z zemsty, bowiem dwóch więźniów z jego brygady uciekło. Komendantem obozy był niejaki Petke, jednym z wachmanów był jego brat.
Żydów z Bieżunia Niemcy wywieźli do getta w Strzegowie. Potem najpewniej gdzieś do obozów zagłady. Kilkoro się ukryło, niektórzy przetrwali wojnę, jak chociażby jedna z dziewczyn, szkolnych koleżanek Lejmana, która ukrywała się w Przeradzu.
W połowie 1944 roku Roman Lejman zabrany został przez Niemców do budowy umocnień obronnych w Prusach Wschodnich – hitlerowcy szykowali tam rubież obronną, mającą zatrzymać Armię Czerwoną. Potem robotników skierowano do innych prac przymusowych. Roman trafił do bauera w miejscowości Federwalde. Syn gospodarza był w SS, chodził w czarnym mundurze, ale sam gospodarz był człowiekiem porządnym. Szanował robotnika. I gdy Niemcy zaczęli się już, w obawie przed frontem, wynosić z przyfrontowych terenów – bauer zawiózł Romana na dworzec kolejowy, kupił mu bilet i polecił wracać do domu.
Powrót o mały włos nie zakończył się tragicznie. Już przed samym Sierpcem obsługa kolei zorientowała się, że pasażer nie ma odpowiedniej przepustki i jest powracającym uciekinierem. Lejman byłby wydany w ręce policji lub gestapo. Gdy pociąg dojeżdżał do Sierpca – Lejman wyskoczył z wagonu i zaczął uciekać. Ruszyła za nim pogoń, nawet pies ścigających poszarpał mu nogawkę, ale młody wówczas, silny i zwinny mężczyzna wywinął sie z opresji. Dobiegł do targowiska, gdzie stały liczne furmanki z przywieziona ze wsi żywnością. Na jednej z nich siedział znajomy Lejmana – Henryk Drygas z Sadłowa, który dał uciekinierowi inne ubranie i pomógł mu się ukryć.
Po wojnie Roman Lejman odbywał zasadniczą służbę wojskową w dywizjonie przeciwpancernym w Sulechowie. Dziś powiada, ze było to całkiem,całkiem polskie wojsko. Na czapkach miało orzełki z koroną, żołnierze chodzili do kościoła z własna orkiestrą. 9 miesięcy wojował Łejman w Bieszczadach z Ukraińską Powstańczą Armią. Dziś nie chce mówić o okropnościach, z którymi tam sie spotkał. Chciałby zapomnieć te porozwalane siekierami głowy polskich żołnierzy, ale tego się nie da....
Młodość upływała panu Romanowi szybko i pracowicie. Ożenił się, założył rodzinę. Wyszkolił się na cholewkarza – po wojnie był to zawód w cenie, ale zajmował się też handlem pracując w miejscowej Gminnej Spółdzielni. Obracał m.in. paszami, zwłaszcza sianem, którego brakowało w innych rejonach kraju. Kiedyś właśnie pojechał z większą partią towaru w okolice Nowego Sącza i tam spotkał wojennych gospodarzy obecnej żony...
Lata leciały szybko. Już dawno przekazał pan Roman Gospodarstwo zięciowi, sam „zażywa” emerytury. Jest ona – jeśli można tak powiedzieć – w miarę pracowita. Działa pan Roman w Towarzystwie Przyjaciół Bieżunia, angażuje się w jego prace, związane zwłaszcza z dokumentowaniem dziejów miasteczka i okolic. Współpracuje tu blisko ze Stanisławem Ilskim, swoim dawnym szkolnym kolegą. Bywa często w Muzeum Małego Miasta, kontaktuje się z jego szefem Jerzym Piotrowskim, omawiają wspólne przedsięwzięcia.
Najwięcej jednak zajęcia ma Roman Lejman jako działacz powiatowego koła Związku Kombatantów Rzeczypospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych – i jednocześnie pełnomocnik starosty żuromińskiego do spraw kombatantów. Działalność ta to nie tylko celebra patriotycznych czy kombatanckich uroczystości – to przede wszystkim codzienna troska o dawnych żołnierzy i wdowy po nich, znajdujące się w trudnych warunkach życiowych. Mający kłopoty zdrowotne bądź finansowe. Pan Roman o wszystkim wie, stara się bywać u podopiecznych, pomagać, załatwiać życiowe sprawy.
Gdy niemiecki obóz w Działdowie z lat wojny uznany został – wreszcie – za hitlerowski obóz koncentracyjny, za obóz zagłady, przeszło 150 mieszkańców Bieżunia i okolic uzyskało dzięki pomocy pełnomocnika Romana Lejmana  kombatanckie uprawnienia i stało sie niejako jego  podopiecznymi.
-Tylu tylko dożyło do obecnych czasów, bo przecież Niemcy wysiedlili stąd przeszło 2 tysiące osób, z których niemal każda „przechodziła” ten straszny działdowski obóz. Byli i tacy, co znaleźli w nim śmierć – mówi Lejman.
Oczywiście nie tylko obowiązki są treścią dnia codziennego pana Lejmana. Lubi wspomnianą już jazdę rowerową, która utrzymuje go w dobrej kondycji zdrowotnej i fizycznej. Prawdę mówiąc pan Roman nigdy w życiu nie chorował. Rower to dobra rzecz. Można sie w każdej chwili zatrzymać, pogadać z napotkanym znajomym. 
Innym hobby pana Romana, a właściwie jego letnią pasją, jest zbieranie grzybów. Gdy tylko może, wyprawia się do lasów, nawet w miarę odległych od Bieżunia. I przynosi do domu pełne kosze...
Stefan Żagiel

Na zdjęciu:
Pan Roman często odwiedza bieżuńskie Muzeum Małego Miasta

autor: S.Żagiel

Komentarze Internautów (0)dodaj komentarz

Na razie nikt nie skomentował tego artykułu, aby wziąć udział w dyskusji, należy dodać komentarz