Tygodnik Ciechanowski

Piątek, 20 października 2017

Elektroniczne wersje bieżących i niektórych archiwalnych wydań "Tygodnika" dostępne są na portalu eprasa.pl

Wymiana

Jeśli chcesz mieć realistyczny osąd w kwestii umysłowej kondycji współbraci, idź w godzinach szczytu pod dyskont spożywczo-przemysłowy na literę be i rzuć okiem na parking dla klientów. Widzisz to? Auta wyglądają, jakby je właśnie przytargał i rozrzucił orkan Ksawery; bez żadnego porządku.

Zaraz, zaraz, czy na pewno? Gdy spojrzysz raz jeszcze, dostrzeżesz w tym bałaganie wyraźny zamysł! Każdy stara się zaparkować najbliżej wejścia, na pierwszej linii lub nawet przed linią, najlepiej bagażnikiem tuż przy kasie. Wygląda na to, że przejście kilkudziesięciu kroków do auta jest potencjalnie śmiertelne w skutkach. Ten i ów mógłby po drodze zemrzeć z wyczerpania.

To wyczerpanie też nie bierze się znikąd, lecz pochodzi z samego rdzenia ludzkiej natury, jakim jest (niestety) walka o zdobycz. W tych czasach obfitości zdobyczą najbardziej pożądaną okazuje się być możliwie największa liczba maciupcich znaczków, zwanych także naklejkami. Znaczek taki jest bowiem nową walutą, a tym samym liczba posiadanych znaczków stała się wyznacznikiem zaradności, zamożności i statusu. Jasne, że to nie jest uniwersalna waluta w każdym ze współistniejących światów. Są takie rzeczywistości, w których status określa się liczbą lajków, częstością cytowań czy też liczbą par butów na czerwonej podeszwie.

Lecz w tym najgęściej zaludnionym wszechświecie, gdzie zakupy się robi w dyskoncie na literę be, samopoczucie na pewno zależy od skutecznego zabiegania o naklejki. Naklejki są następnie wymieniane na szmaciane podobizny owoców oraz warzyw, zwane z niewiadomego powodu „świeżakami”. Mamy tu do czynienia z Gangiem Świeżaków. Nomen omen, czytałam, że w całym kraju grasują gangi, które wyspecjalizowały się w zuchwałych kradzieżach bądź to naklejek, bądź to rzeczonych ni-pies-ni-wydra maskotek.

News z lokalnej prasy: „(...) Wykorzystując nieuwagę kasjerki ukradła 1.378 naklejek, każdą o wartości jednej złotówki. Dzięki nagraniu, które zarejestrował monitoring sklepu, udało się ustalić sprawczynię tego czynu. Funkcjonariusze niezwłocznie zatrzymali ją i przesłuchali. Kobieta, która nie umiała wytłumaczyć swojego zachowania, stanie przed sądem”.

Jakoś mnie nie dziwi, że biedaczka nie umiała wytłumaczyć swojego zachowania. Nie potrafię wymyślić ani jednego powodu, dla którego ktokolwiek przy zdrowych zmysłach chciałby posiadać naklejki, które można wymienić co najwyżej na wypchaną podobiznę brokuła lub innego kalafiora. A jednak już kilka osób usiłowało dokonać kradzieży znaczków, za nic mając łypiące na nich soczewki kamer przemysłowych.

Wróćmy do pani złodziejki, opisanej w wyżej cytowanym newsie: grozi jej nawet do pięciu lat pozbawienia wolności. Zatem mamy tu prawdziwy czyn kryminalny, podlegający surowym sankcjom. Wystarczyła chwila nieuwagi kasjerki plus chwila szaleństwa klientki i już organy ścigania mają zajęcie: przesłuchania, protokoły, świadkowie, rozprawy. Niewykluczone, że w kwestii społecznej szkodliwości czynu będzie się musiał wypowiedzieć jakiś biegły. Inny biegły zbada obligatoryjnie poczytalność oskarżonej. Ale nikt, zupełnie nikt nie wpadnie na to, żeby zadumać się nad poczytalnością osób, które swoim dzieciom/wnukom fundują kontakt z gangiem najpaskudniejszych maskotek na kuli ziemskiej.

Przepraszam, czy ja kogoś tutaj niechcący nie uraziłam? Na przykład jakiejś znaczącej populacji, wyznającej pogląd, że wypchane warzywo jest piękne? Mam nadzieję, że nie oberwę sztucznym (lub, co gorsza, prawdziwym) pomidorem od jakiejś rozsierdzonej matki za to, że ja ten idiotyczny przedmiot kultu śmiem nazywać straszydłem, podczas gdy ona żyły sobie wypruwa, żeby jak najszybciej przetworzyć pięćset plus na naklejki, a następnie na wątpliwej urody dynię uszytą w odległym kraju przez jakiegoś biedaka z resztek tanich tkanin.

Trudno podejrzewać wszystkich klientów dyskontu na literę be o umysłową ociężałość, więc fenomen świeżaków – niejadalnych wytworów warzywopodobnych - jest zapewne kwestią jakiejś zbiorowej halucynacji. Obiło mi się o uszy stwierdzenie, iż chodzi o promocję zdrowego (serio) odżywiania. No... Mogłabym uwierzyć, że dyskont na literę be szczerze pragnie, by smarkacze i ich rodzice jedli więcej brokułów, ogórków i jabłuszek, gdyby nie to, że już przy wejściu atakują mnie tony czekoladek i cukierków, ciasteczek i słodkich bułeczek. A wszystko w promocji, niemal za bezcen. Zaś cała reszta, ta naprawdę jadalna, drożeje. Może drożeje po to, żeby jeden brokuł wart był więcej naklejek, żeby szybciej można było (drogą wymiany) nabyć brokuła ze szmatek..

ANNA NOWAKOWSKA  

Zdziwój Nowy, 10 października 2017 r.

Więcej felietonów