Tygodnik Ciechanowski

Wtorek, 22 sierpnia 2017

Elektroniczne wersje bieżących i niektórych archiwalnych wydań "Tygodnika" dostępne są na portalu eprasa.pl

Kocia baba

Kilka lat temu znalazłam w stodole bezzębne, ślepe kociątko, wymagające karmienia smoczkiem. „Pani Aniu, pani to tam zostawi, nie karmi, samo zdechnie” - radziła jedna z sąsiadek. Nie skorzystałam z porady i kwilące kocię (płci żeńskiej, jak się później okazało) wykarmiłam. Ono zaś z wdzięczności rozmnożyło się obficie i zostałam kocią babą, taką samą, z jakich niegdyś półżyczliwie pokpiwałam.

A trzeba wam wiedzieć, że od tego czasu różne stworzenia traktują moją stodołę jak okno życia i naprawdę nie wiem, skąd one wiedzą, że tu można otrzymać chwilę wytchnienia, karmę i imię. Niektóre wracają, inne nie. To nie żaden oficjalny azyl, tylko takie dziwne miejsce, do którego pielgrzymują zwierzęta szukające spokoju. Rzadko bo rzadko, ale zdarzają się wśród nich ludzie. Najczęściej jednak koty.

Gdy po wielu staraniach płodność mieszkających u nas kotek została skutecznie opanowana, odetchnęliśmy z ulgą. Dosyć małych, słodkich koteczków! Nigdy więcej błagania znajomych, żeby zechcieli pokochać i adoptować kiciusia! Ulga i błogość trwały niecałe dwa miesiące. W początkach lipca niejaka Aniela, dzika, nieufna, niedająca się dotknąć kocica nieznanego pochodzenia, przyprowadziła pięć ładnie odkarmionych, puszystych kulek, na oko miesięcznych. Anielaki, jak bum-cyk-cyk. Pięcioro słodziutkich, zupełnie dzikich, fukających kocich dzieci. Groza!

Anielaki wraz z matką bez pytania osiedliły się w stodole i, jak się szanowny czytelnik zapewne zdążył domyślić, zażądały jedzenia i picia. Tylko bez głaskania i dotykania, jak na dzikusy przystało. Nasza przyszłość zaczęła się rysować ponuro. Mój mąż słowami maczanymi w piołunie tworzył coraz czarniejsze scenariusze.

Najczęściej taki horror o byciu zjedzonym przez wygłodniałe koty. Fakt, one czasem gapią się na nas dziwnym, pożądliwym wzrokiem. Dbamy, żeby zawsze mieć zapas karmy, a wierzcie mi, to nie jest takie łatwe. Powiedziałam kiedyś (dla dodania sobie animuszu), że taki sławny pisarz jak Ernest Hemingway miał na swojej farmie sto czterdzieści kotów i jakoś żył, a nawet pisał powieści. Mój mąż postukał się w czoło: „On mieszkał na Florydzie i publikował w Ameryce. Nie widzisz różnicy?”.

No dobra, widzę pewną różnicę, przyznaję. Moje przygody z kotami bardziej przypominają udręki Hrabala (czytaliście „Auteczko”?) niż sielankę Hemingwaya. Czy zauważyliście, że pisarze często są uwikłani w jakieś skomplikowane relacje z kotami?

Snuliśmy odważne plany wywiezienia kocicy Anieli wraz z jej dzikim i syczącym miotem gdzieś daleko w świat. Do jakichś dobrych ludzi, którzy... cha, cha, cha! W rzeczy samej na tych fantazjach się skończyło, ale przyjemnie było wyobrazić sobie podwórko i stodołę bez tych pięciorga szalonych, demolujących, srających i wymuszających karmę kocich wampirów.

Ale wiecie, człowiek ma tę niesamowitą zdolność adaptacji, że nadliczbowe kocięta jakoś wrosły w naszą codzienność i stały się oczywiste, jakby zawsze z nami były.

Gdy się ma do czynienia z wieloma kotami, to – zgodnie z regułą percepcji – informacje dotyczące kotów zajmują sporą część uwagi. Oto co się ostatnio wydarzyło.

Po pierwsze: Sąd we Wrocławiu ukarał naganą (kota?) właściciela kota, który odwiedzał posesję sąsiada. Istniało bowiem domniemanie, iż inkryminowany kot zeżarł ozdobne rybki pluskające w oczku wodnym. Domyślam się, że stosunki sąsiedzkie były mocno napięte. Ciekawe, czy po wyroku kot będzie siedział na tyłku i grzecznie wcinał suchą karmę.

Po drugie: Sąd w Bartoszycach uniewinnił (kota) właściciela kota oskarżonego o włóczęgostwo, czyli łażenie po całej wsi bez nadzoru. Sąd nie podważył tezy policji, będącej organem wnoszącym oskarżenie, według której kot winien poruszać się w miejscach publicznych w kagańcu i na smyczy albo siedzieć w obejściu. Sąd jedynie orzekł, że ów pętający się po wsi kot nie stwarzał zagrożenia dla bezpieczeństwa mieszkańców.

Zachowujcie się przyzwoicie, napominam tę swoją bandę, bo wam mamusia założy kagańce i zacznie prowadzać na smyczy. Udają, że nie słyszą.

ANNA NOWAKOWSKA  

Zdziwój Nowy, 22 sierpnia 2017 r.

Więcej felietonów