Tygodnik Ciechanowski

Wtorek, 21 sierpnia 2018

Już teraz zamów e-prenumeratę Tygodnika Ciechanowskiego. W e-prenumeracie taniej!

Terror zabawy w cichej dolinie

„To miasto umiera przez takich jak pani!” – napisał do mnie anonimowy internauta. Anonimowo można więcej, więc prywatnie dodał jeszcze to i tamto po łacinie; mamusia mogłaby być z niego dumna, taki bohater.

Nie pytajcie proszę, o jakie miasto chodzi, ponieważ może być i tak, że wszystkie okoliczne miasta umierają przeze mnie. Chorzele na pewno. Może nawet Przasnysz. Przeze mnie. I przez innych do mnie podobnych. Na zadupiach ludzie umierają z nudów – przeze mnie. W miastach i miasteczkach „nic się nie dzieje” – przeze mnie. Bo nic mi się (rzekomo) nie podoba.
 
Sprostuję to, jeśli pozwolicie, ale obawiam się, iż jest tyle rzeczy, które mi się podobają, że nie ma szans, by się w tym felietonie pomieściły. Podobają mi się wschody i zachody słońca, ptaki i zwierzęta leśne odwiedzające moje malutkie ranczo, rzeczka Zdziwójka i rozległe łąki. Podobają mi się ludzie, którzy odpowiadają na pozdrowienie i odwzajemniają uśmiech. Podobają mi się koty wszystkich ras i większość psów. Podoba mi się wiele książek i mnóstwo filmów, a nawet niektóre wiersze i sporo piosenek. Podobają mi się lasy, góry, jeziora, kapliczki przydrożne i wiejskie sklepiki. Przepadam za ludźmi, którzy toczą rozmowy o wartościach, jeszcze bardziej za takimi, którzy wartości te stosują. A to dopiero początek mojej listy, która właściwie nie ma końca, skoro każda chwila może przynieść coś lub kogoś nowego do lubienia (nie tylko na fejsbuku).

Rzeczy, które mi się nie podobają, jest znacznie mniej. Chociaż ta lista też nie jest zamknięta, bo każdy dzień może przynieść jakąś parszywą niespodziankę.
Nie podobają mi się tony śmieci w lasach i ludzie, którzy je tam zostawiają.
Nie podoba mi się smog, parady wojskowe i rekonstrukcje bitew, wypalanie traw i trzymanie psów na krótkich łańcuchach. Nienawidzę przemocy. Nie znoszę rywalizacji tam, gdzie potrzeba współpracy.

Nie lubię i boję się toksycznego przemysłu oraz toksycznych ludzi, którzy otwierają usta tylko po to, żeby kłamać i/lub oczerniać bliźnich. Nie podobają mi się osoby, które domagają się ode mnie zaufania na kredyt. Nie podoba mi się żadna partia polityczna. Nie lubię lizusów, kunktatorów i rzeczników prasowych.

I to w zarysie wszystko, co mi się nie podoba.

I co? Aż tak dużo mojego niepodobania? I żeby aż miasta umierały od tego?
Od niedzieli piątego sierpnia bieżącego roku w katalogu „nie podoba mi się” pierwsze miejsce zajmuje impreza pod nazwą Rajd Polskie Safari. Nic nie mam przeciwko temu, żeby ludzie ścigali się na motocyklach i w autach, jeśli mają z tego wielką frajdę. Wiem, że są różne odmiany zabawy, no i niektóre są dziwniejsze od innych.

Ale jeśli czyjaś frajda oznacza rozjechanie mnie żywcem, uwięzienie na cały dzień w chałupie i to bez słowa wyjaśnienia, to głośno i wyraźnie protestuję. I z tego protestu ludzie wyciągają i kolportują taki wniosek, że przeze mnie umiera miasto, a wieś jest nudnym zadupiem, bo mnie się nie podoba, że smród, hałas i zniszczenie zawitało do tej sielskiej doliny.

Ktoś tę trasę wybrał, ktoś inny zatwierdził. Komuś nie przeszkadzało, że na tej trasie stoi zamieszkały dom dwa metry od drogi. Wszyscy się tak dobrze bawili, że ich zdaniem powinnam się zamknąć i grzecznie przeczekać. Siedem godzin sypania żwirem i strzelania kamieniami spod kół na moje podwórko. Siedem godzin ryku silników i tumanów kurzu, smrodu spalin w upale bez wiatru. Zablokowany wyjazd z podwórka. Bo ktoś się bawi! Dwieście metrów dalej biegnie droga, przy której nie mieszkają ludzie. Ale kogo to obchodzi?

Nikogo. Napisałam do dyrektora rajdu, pana Jerzego Trzaski, który w zapowiedziach prasowych odmieniał słowo „bezpieczeństwo” przez wszystkie przypadki. Rozumiem, że nasze bezpieczeństwo nie było dla niego priorytetem.

Najpodlejsze jest jednak to, że w żaden sposób nie zostaliśmy uprzedzeni o trasie tego rajdu. Ogólnikowe informacje o trasie zamieszczono w internecie, a w sobotę wieczorem po prostu nadjechali jacyś panowie, zwalili kilka bel słomy, ogrodzili je czerwoną taśmą z nadrukiem „strefa zakazana” i bez słowa odjechali. Ani be, ani me, ani kukuryku. Do końca nie wierzyłam, że ktoś mógł być tak głupi i bezczelny, żeby zafundować nam ten koszmar.

Do dziś nie chce mi się wierzyć, że dla biorących udział w tym rajdzie i dla jego organizatorów oraz fanów mój protest jest pretekstem do nienawistnych komentarzy i głupich, szowinistycznych żarcików.

Z drugiej strony jeszcze mniej chce mi się wierzyć, że ktoś za to odpowie, choćby symbolicznie. Przecież rozjechać piękną, cichą, zieloną dolinę to taka świetna zabawa, prawda?

ANNA MARIA NOWAKOWSKA  

Zdziwój Nowy, 14 sierpnia 2018 r.

Więcej felietonów