Tygodnik Ciechanowski

Sobota, 29 lutego 2020

 

NIK(t) nie będzie mnie tu kontrolował

Zapewne niejeden z nas spotkał się w życiu prywatnym lub zawodowym z dość stresującym zjawiskiem, jakim jest sprawdzanie, czy jesteśmy uczciwi, prawdomówni, solidni, obowiązkowi, kompetentni…

To się nazywa kontrola. Niektórzy rozróżniają 2 rodzaje tego zjawiska: kontrola – gdy kontrolującym jest kobieta i kontrol – gdy sprawdzającym jest mężczyzna. Tak czy siak – nic przyjemnego.

Ale ja dziś nie o zwykłym sprawdzaniu przez jakichś tam rewizorów, ale o Najwyższej Izbie Kontroli. Czyli takiej kontroli, która ma wszystkie kontrole w kraju pod sobą, a sama nie podlega żadnej (chyba że boskiej).

Okazuje się jednak, że nie do końca… Ale o tym na końcu.

NIK w polskim systemie prawnym istnieje od dawna, ale nikt, kto nie musiał, specjalnie się nią nie interesował. Wiadomo – najwyższa i najważniejsza, tak jest zapisane w konstytucji, może kontrolować…nawet rząd. Również mało kto znał kierującego tą instytucją. Wszystko zmieniło się za czasów obecnej władzy.

Na prezesa NIK powołano Mariana Banasia. Nominowanie człowieka, który zdaniem powołującej go partii na kontrolach zjadł zęby (był szefem krajowej administracji skarbowej i wiceministrem, który uszczelniał VAT), a przy tym jawił się jako „człowiek kryształowy”, miało gwarantować, że ta instytucja osiągnie same sukcesy.

Już na samym starcie wynikły problemy. Opozycja i dziennikarze zaalarmowali, że za Marianem Banasiem ciągną się niewyjaśnione sprawy dotyczącego jego majątku, ukrytych dochodów, nieprawidłowo wypełnionych zeznań podatkowych, a nawet… współpraca z półświatkiem przestępczym. Słowem – zarzuty, które zwykłego obywatela, nieustosunkowanego politycznie, pogrążyłyby i pociągnęłyby na dno. Tymczasem Banasia wyniosły na jeden z najwyższych urzędów w państwie. Przy aplauzie posłów partii rządzącej, z prezesem Kaczyńskim, premierem Morawieckim, i uwaga! – szefa wszystkich jawnych i tajnych służb w państwie Mariuszem Kamińskim na czele.

Aliści w kilka dni po powołaniu klaszczący nagle przejrzeli na oczy i uradzili żeby zmusić Mariana Banasia do złożenia dymisji, mimo że zgodnie z konstytucją prezes NIK jest praktycznie nieodwołalny. Gdy odmówił, służby państwowe zaczęły nękać Banasia i jego rodzinę (m.in. zwolniono syna z pracy w spółce skarbu państwa). Prezes i jego instytucja odpowiedziały swoją najgroźniejsza bronią – kontrolą w naczelnych organach państwa, instytucjach bankowych, prokuraturze, itp. Ponadto NIK zamierza skontrolować m.in. czy pod kierownictwem ministra MON Mariusza Błaszczaka wojsko jest zdolne obronić nasze granice, a pod kierownictwem ministra Szumowskiego służba zdrowia może skutecznie leczyć chorych, ma też sprawdzić spółki skarbu państwa i stan finansów naszego kraju.

Na stronie internetowej NIK czytamy o istocie pracy tej instytucji: Każdego roku inspektorzy NIK ujawniają nieprawidłowości, których skutki finansowe lub sprawozdawcze sięgają kilkunastu miliardów złotych. Wskazane przez kontrolerów wadliwe mechanizmy są jednak naprawiane, a systemy prawne uszczelniane tak, aby błędy z nich wynikające nie były powielane…

A dalej brzmi już groźnie: Gdy kontrolerzy natrafiają na przestępstwo lub zaniedbanie, zawiadamiają prokuraturę lub inne organy ścigania.

Trwa walka – Banaś kontra państwo. W ubiegłym tygodniu służby państwowe odpowiedziały bronią samego prezesa NIK – nasłały na niego i jego instytucję… kontrolę. Ci kontrolerzy znani są głównie z tego, że wstają bardzo wcześnie rano i ubierają się w kominiarki.

A ponieważ jestem już przy końcu (felietonu), więc muszę skorygować swoją opinię ze wstępu – Najwyższa Izba nie jest wcale najwyższa. Wystarczy CBA, biuro ministra Kamińskiego, która ma w nazwie przymiotnik… „centralne”. Bo zdaniem językoznawców z rządu „centralne” jest wyższe niż „najwyższa”.

RYSZARD MARUT

Ciechanów, 25 lutego 2020 r.

Więcej felietonów