Tygodnik Ciechanowski

Czwartek, 21 lutego 2019

Już teraz zamów e-prenumeratę Tygodnika Ciechanowskiego. W e-prenumeracie taniej!

 

Jak Kot, jak Piątek...

Podczas minionego weekendu zaimponowało mi dwóch młodych ludzi: Kot i Piątek. Każdy z trochę innego powodu.

Kot to jest gość. Maciej Kot. To jeden z naszych najlepszych skoczków narciarskich, członek ekipy, która dostarcza nam mnóstwo radości i innych pozytywnych emocji podczas tegorocznych zawodów Pucharu Świata.
 
27-letni zawodnik, kolega Kamila Stocha, Piotra Żyły, Dawida Kubackiego, Jakuba Wolnego i Stefana Huli, rywalizował z nimi o miejsce w kadrze, która za kilka dni ma wyjechać na Mistrzostwa Świata do austriackiego Seefeld. Rywalizował, ale przegrał. Trener Stefan Horngacher zadecydował, że pojedzie tam piątka zawodników bez Kota. Pan Maciek rzeczywiście tego sezonu nie może uważać za udany, ale jeszcze rok temu był w czołówce PŚ, miał też swój udział w zdobyciu dla Polski w konkursach drużynowych brązowego medalu na ostatnich igrzyskach olimpijskich i złotego na mistrzostwach świata 2 lata temu. Trener Horngacher mógł go wziąć do Seefeld nawet „za zasługi”, bo miał limit miejsc dla 6 skoczków. Ale po długiej i szczerej rozmowie obaj panowie zadecydowali, że to nie ma sensu. Sam zainteresowany tak to skomentował: - Każdy widzi, jaka jest sytuacja i ja jak najbardziej akceptuję tę decyzję. Gdybym był trenerem, też bym się nie wystawił w tych konkursach.

Ocenić siebie właściwie, krytycznie, obiektywnie nie jest łatwo, a to przecież warunek podstawowy, aby być prawdziwym sportowcem.
 
Bo wielu innych w podobnej sytuacji „strzeliłoby focha”, rozpowiadało o niesprawiedliwości i swojej krzywdzie. Daleko nie trzeba szukać... Nie tak dawno zawodnik podobnej klasy w tej samej dyscyplinie, który znalazł się w takiej sytuacji jak Kot, ogłosił się za „poniżanego, zniechęcanego i pomijanego". Mało tego, zagroził trenerowi i sztabowi PZN (w tym Adamowi Małyszowi), że jak zacznie mówić, to „może zrobić się im bardzo ciepło i nieprzyjemnie”. Na szczęście już nie skacze.

Maciej Kot natomiast bez obrażania się ma zamiar wrócić do kadry B, występować w mniej prestiżowym (i skromniejszym finansowo) Pucharze Kontynentalnym i tam skakać dotąd, aż odbuduje swoją formę. Szczerze tego życzymy, panie Maćku.

Obok naszych skoczków w każdą sobotę lub niedzielę najlepszy jest Piątek.

Krzysztof Piątek. Jeszcze 2 lata temu znany był tylko nielicznym kibicom piłkarskim polskiej ligi. Transfer 23-letniego napastnika rok temu z Cracovii do Genoi przeszedł bez większego echa, wyjazdy polskich sportowców na Zachód już spowszedniały. Ale przejście do AC Milan (za 400 mln euro) odbiło się już głośnym echem na stadionach. A teraz mówią o Piątku cała Polska i Italia. Nie wiem, czy nie trzeba będzie zmienić tekstu w hymnie (tylko którym?), aby wyraźnie zaakcentować kierunek - „z ziemi polskiej do włoskiej” oraz „dał nam przykład Piątek Krzysztof...”.

Kibice Mediolanu dosłownie zwariowali na jego punkcie. Fachowcy już określają go jako piłkarza nowej generacji, kompletnego, Robocopa itp. Od fanów otrzymał przydomek Pistolero – strzela bowiem bramki na zawołanie, z każdej najmniejszej nawet nadarzającej się okazji (a również, co ważniejsze – bez okazji). W pięciu meczach dla Milanu zaliczył już 6 trafień i kilka asyst.

Wśród licznych zalet Piątka są jego przymioty osobowościowe. Piłkarz z Polski nadzwyczaj szybko zaaklimatyzował się we włoskiej Serii A, nauczył języka (w tym tego wspólnego - z szatnią i trenerem), polubił kuchnię włoską i miejscowe zwyczaje. Emocje sięgają zenitu, gdy po strzelonym golu demonstruje „rewolwerową cieszynkę”. Piątek pada wtedy na kolana, składa dwa wyciągnięte palce i krzyczy – bang, bang, bang! A całe San Siro odpowiada: bang, bang, bang... I wszyscy są szczęśliwi.

RYSZARD MARUT

Ciechanów, 19 lutego 2019 r.

Więcej felietonów